sobota, 9 kwietnia 2016

Nietoperze. Aqua Velva, Lena Kitsopoulou


Na tom opowiadań Greczynki Leny Kitsopoulou "Nietoperze" składa się dwanaście opowiadań plus trzynaste "Aqua Velva", w sumie diabelski tuzin diabelsko mocnych, wyrazistych historii o kondycji współczesnego człowieka.  


Nie znajdziemy tu absolutnie niczego, co w pierwszej chwili kojarzymy z Grecją. Zamiast pocztówkowych widoczków malowniczych wysepek są niezbyt piękne, symboliczne i niepokojące tytułowe nietoperze, czyli bohaterowie tych opowiadań.

Brak tu piękna i harmonii antycznego świata, zasada decorum jest raz po raz gwałcona. Życie jest niestosowne i tak też jest ukazywane, brutalnie i realistycznie. Realizm podkreślają przerysowane, makabryczne zakończenia, osadzone gdzieś pomiędzy symbolizmem, a realizmem właśnie. Współczesna Grecja nie jest ani piękna, ani cywilizowana. Bohaterami opowiadań Kitsopoulou są ludzie zaplątani we własny los, zniewoleni przez innych, przez okoliczności, przez własne wybory, decyzje i wyobrażenia. Towarzyszy im swoiste fatum - przeznaczenie, z góry określony los, który w patriarchalnym, skostniałym świecie współczesnej Grecji jest niemożliwy do przełamania. Role zostają rozpisane i obsadzone już w chwili narodzin, a przemoc, rodząca lęk jest tu na porządku dziennym i służy wtłaczaniu ludzi w schematy. Grecja Kitsopoulou to świat pozbawiony wartości, miłość jest uzależnieniem, rodzina zagrożeniem, akty przemocy są powszechnie akceptowane. A jednak bohaterowie walczą ze swoimi lękami, jak Edyp walczył ze swoim fatum. Czy zwyciężą?

W nocie okładkowej wydawca podkreślił "surowy język autorki [...], chwilami niedbały i wulgarny". Trudno trafniej pisać o języku tych opowiadań. To język codzienności, rzeczywistości obfitującej w przemoc i napawającej lękiem. Wulgarność języka jest odzwierciedleniem brzydoty życia, ale i próbą zagłuszenia lęku.
              
Autor: Lena Kitsopoulou
Tytuł: Nietoperze. Aqua Velva
Tłumaczenie: Alicja Kotecka
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Data wydania: 2013

wtorek, 22 marca 2016

Czytnik linii papilarnych, Ewa Lipska


"Czytnik linii papilarnych" to pierwszy od pięciu lat tom wierszy Ewy Lipskiej. Tytułowy czytnik jest symbolem czegoś absolutnie indywidualnego, niepowtarzalnego, tak jak linie papilarne i nowoczesnego, stechnicyzowanego świata i życia w globalnej sieci z łóżkiem "na osi czasu". 


Świat pozorów, pozornych przyjaźni, bo przecież "lubi nas Coca cola, Ronaldo i Papież" jest w rzeczywistości światem samotności, gdzie "nasze samotne biograficznie ciała przytulają się do siebie". (Bunt młodych) Ale samotność tylko "cudem ocalała" (Samotność) w świecie przemijania i śmierci. Przemijanie i śmierć, te dwa tematy dominują w najnowszym tomie krakowskiej poetki. Z jednej strony napawają lękiem, przed którym chronimy się "w klinice tłumu", bo tam "czujemy się bezpieczniej" (Bankiet), a z drugiej przemijanie jest całkowicie naturalne, po prostu "skończył się sezon na życie". (Wyszli. Nie wrócili) Śmierć jest u Lipskiej oswojona, to ledwie brak historii i "wychodzenie z mody" (Do utraty tchu), a życie to zabawa "do utraty tchu" właśnie.
Takich misternych gier językowych jest tu więcej, zaskakują też detale, które zwykle nam umykają, a dostrzeżenie ich pozwala uchwycić nieuchwytne. Zwykle są drobiazgi, bardzo konkretne, osobiste, ich zapis i późniejsze odczytanie to odkrywanie śladów konkretnego człowieka, nie wyimaginowanej persony. Opisane sytuacje są błahe, ale i uniwersalne. Poszukiwanie prawdy, rozszyfrowywanie znaków, tropienie śladów to w efekcie "całe życie na polowaniu. Z nagonką, z ujadaniem słów..." (Polowanie) Sytuacja może więc być groźna, jak wtedy gdy Odwaga "mówiła: sprawdzam jak stary pokerzysta." (Odwaga)
Brak w tym świecie (tomie) nadziei, ale nie ma też rozpaczy. Brak recept na życie, na wszystko i na cokolwiek, pozostaje zaledwie i aż odkrywanie upadku, nicości moralnej i intelektualnej w pozorowanym, cyfrowym pseudo-życiu. Wprowadzenie obecności internetu pozwala uchwycić dwa punkty widzenia: globalny i indywidualny. To nie jedyne opozycje w tym tomie, wyostrzone przez pamięć i nierozwikłane: "zagadka nie skończyła się na pełni księżyca [...] świat nazywał się Rebus". (Rebus)
Lipska pisze jednak jasno, nie tworząc językowych rebusów. Jej język jest klarowny, minimalistyczny i codzienny. Lapidarność szczególnie widać, gdy przejmuje język internetu. W jednym z wywiadów określiła poezję "suplementem diety dla intelektualistów", a ci nie lubią gotowych rozwiązań, stąd zapewne "Czytnik..." to zapis niepewności i poszukiwania, ślad przy ścieżce, a nie asfaltowa autostrada.

Autor: Ewa Lipska
Tytuł: Czytnik linii papilarnych
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 2015

czwartek, 10 marca 2016

Nie ma się czego bać, Julian Barnes


Angielski, oryginalny tytuł powieści jest przewrotny i dwuznaczny jak sama książka, "Nothing to be frightened of" można przetłumaczyć tak, jak to zrobiono w wydaniu z 2010 r. "Nie ma się czego bać" lub "Nicość, która przeraża". Przewrotność przejawia się specyficznym poczuciem humoru, paradoksalnymi sentencjami typu: " śmierć jest słodka, uwalnia nas od strachu przed śmiercią". To nie jedyny paradoks, istotniejszy jest ten, że o śmierci, która jest głównym tematem książki, mogą mówić jedynie żywi, ci, którzy śmierci nie znają, więc to życie raz po raz bierze górę w powieści.


Życie niekoniecznie poważne. Pełno tu anegdot i opowieści np. o starym pufie wypchanym podartymi listami rodziców, dziecięcych zabawach samego autora i historii rodzinnych o matce ateistce, ojcu agnostyku, czy bracie, który jest filozofem hodującym lamy. To anegdotyczne i humorystyczne podejście jest typowe dla Barnesa przy jego racjonalizmie i chroni go bardzo skutecznie przed powagą jakiejkolwiek mistyki i metafizyki. Nawet te poważniejsze partie tekstu, gdzie jako wsparcia w dyskusji z samym sobą (i pośrednio z nieobecnym bratem) używa poglądów i biografii wielkich poprzedników, są przełamywane anegdotycznymi wręcz rekonstrukcjami wizyt na cmentarzach i ostatnich chwil życia znanych postaci.

Barnes wyraźnie jednak oddzielił śmierć od umierania i podzielił ludzi na tych, którzy boją się śmierci i tych, którzy boją się umierania. Bać się śmierci oznacza tu lęk przed nicością, niebytem, nieistnieniem. To niemożność wyobrażenia sobie świata bez siebie, świata po sobie, a w rzadkich przypadkach i świata przed swoim istnieniem. Umieranie zaś jest w książce jedynie sygnalizowane. To proces, rozciągnięty w czasie, stopniowa lub gwałtowna degradacja ciała i umysłu. Nie ten aspekt jednak interesuje pisarza, jego niepokoi niebyt, tytułowa nicość. Rzecz niewyobrażalna tak dalece, że bezpieczniej jest odwołać się do Flauberta, Montaigna, Larkina, Ravela i historii innych kompozytorów. Nie sposób jednak znaleźć odpowiedzi na pytania bez odpowiedzi, te o niebyt właśnie, życie pozagrobowe, śmierć jako koniec lub początek, obecność Boga w końcu. Wszystko to już było ( stąd w książce anglika długa lista nazwisk i cytatów) i wszystko jałowe i bez odpowiedzi. Banału i kompromitacji unika Barnes dzięki autobiograficzności prowadzonych dywagacji. Jest autentyczny w swoim lęku przed lataniem, w lęku przed fizyczną degradacją, przed męczącym i bolesnym umieraniem i nicością w końcu.

Śmierć jest fascynująca i przerażająca, podobnie jak życie we współczesnym świecie, pozbawionym wiary w Boga. To drugi z istotnych tematów. W świecie, gdzie nie ma Boga, nie ma niczego, co mogłoby stać się pocieszeniem.  Są owszem chwilowe przyjemności, ale nie łagodzą lęku przed śmiercią, bo śmierć ciągle jest niepokonana. Jedyną więc metodą żeby żyć jest śmierć zagadać i Barnes to robi. Zagaduje ją na śmierć. I jest to gadanie i emocjonalne, i chłodno racjonalne, ciągle jednak bez właściwych odpowiedzi.

Powrót do tej lektury  jest szczególnie ciekawy po wcześniejszych "Wymiarach życia", będących zapisem żałoby po śmierci żony. zestawienie obu książek to  konfrontacja przeżywanego i jedynie przeczuwanego.


Autor: Julian Barnes
Tytuł: Nie ma się czego bać
Tłumaczenie: Jan Kabat
Wydawnictwo: Świat Książki
Data wydania: 2010

poniedziałek, 22 lutego 2016

Krocząc w ciemności, Leonie Swann


Znacznie łatwiej określić czym najnowsza książka Leonie Swann nie jest, niż czym jest. Otóż "Krocząc w ciemności" stanowczo nie jest poważną i realistyczną powieścią dla nobliwych mugoli. 



Czym jest? Lekką, zabawną opowieścią na pograniczu baśni, fantasy i powieści kryminalnej, łączącą wyjątkowo sprawnie wszystkie te gatunki. Jest dokładnie tak, jak objaśnia podtytuł "absurdalną powieścią nie całkiem filozoficzną". 
Mimo "absurdalności" akcja jest logiczna. Ciąg szalonych wydarzeń rozpoczyna śmierć cyrkowych pcheł Juliusa Birdwella i obietnica odnalezienia zaginionej rusałki, którą ten pochopnie składa. Od tego momentu finezyjnie skomponowany świat baśni przenika przez współczesność i realizm, a realny, znany nam świat okrywa (i ukrywa) misterny świat fikcji i gry literackiej. Raz jednego, raz drugiego widać więcej, ale są nierozerwalnie splecione.

Żaden z bohaterów nie jest do końca "normalny". Jest tu więc wspomniany już Julius Birdwell, jubiler o kryminalnej przeszłości, a obecnie także dyrektor i właściciel pchlego cyrku, jest detektyw, który nie może wyśledzić własnej przeszłości, a do jego osiągnięć zalicza się między innymi to, że "złapał zbiegłą klątwę" (s. 157), starsza pani, Rose Dawn, kradnąca ciężarówkę dostawcy kwiatów itd. Także inni bohaterowie są obdarzeni nietypowymi biografiami i ciekawymi osobowościami, wszyscy są też przerysowani, ale w tym tkwi ich urok. Nikt nie jest tym, kim się wydaje. Detektyw korzysta z seansów hipnozy, żeby zapomnieć, po czym odkrywa, że chyba nie nazywa się Green. Czarny charakter, którego nazwisko Fawkes jest aluzją do feniksa z Hogwartu, nie jest feniksem, a Legulas nie jest ani tolkienowskim elfem, ani Orlando Bloomem. Te i kolejne gry literackie, przenikanie światów, pozostałe baśniowe postaci (syreny i rusałki, salamandra, grupa faunów itd.) wplecione w logiczny ciąg wydarzeń,  mimochodem zmuszają do stawiania pytań o to, co jest fikcją, a co prawdą. Czy istotniejsze jest to, co widać na powierzchni (tak patrzy Birdwell), czy to, co niewidoczne (tak poznaje świat Green). A może jak u Calderona i w filozofii baroku "życie jest snem"? Powieść jest "nie całkiem filozoficzna", ale "absurdalna" i dokładnie na granicy absurdu czai się (jak pchła gotowa do skoku)  pokaźna lista pytań filozoficznych, co zresztą zupełnie nie przeszkadza czytelnikowi w zabawie. Szczególnie zakończenie powieści obfituje w filozoficzne tematy, dotyczące wolnej woli, roli rozumu i pozycji człowieka w świecie i to najważniejsze pytanie: "A co, jeśli on [Legulas] wcale nie jest zielony?"

Ps. Pcheł mimo wszystko nie zdołałam polubić, nawet kiedy głaszczą kota. Cóż, kiedy się naprawdę współegzystuje z kotami.

Autor: Leonie Swann
Tytuł: Krocząc w ciemności
Tłumaczenie: Agnieszka Walczy
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Data wydania:    16 lutego 2016

piątek, 29 stycznia 2016

Czasomierze, David Michell


Akcja "Czasomierzy" Davida Mitchella obejmuje lata od 1984 do 2043, a więc niedaleką przyszłość i przyszłość, która jest "autorską przepowiednią" nadchodzących zmian i zarazem diagnozą kondycji Ziemi, jako planety, ludzi i Człowieczeństwa. W zasadzie temat Człowieczeństwa jest w najnowszej powieści Mitchella dominujący, kolejne rozdziały to odsłony sztuki o byciu Człowiekiem lub o utracie człowieczeństwa. 


"Rok 1984" to historia 15-letniej Holly Sykes , jej pierwszej miłości, buntu, typowego dla tego wieku i rodzinnego dramatu, który wpłynie na resztę życia dziewczyny. Niemal typowa historia, opowiedziana jest z werwą, z żywymi emocjami, doskonale uchwyconymi przemyśleniami i dialogami, zapisanymi prawdziwym językiem, a nie tylko jego tandetną imitacją. Oddanie głosu 15-letniej Holly jako narratorce czyni, przeżywane przez dziewczynę sytuacje i emocje bliższymi czytelnikowi, nie tylko ze względu na 1-osobowego narratora, ale i prawdziwość przeżyć. Holly jest żywa, realna, więc popełnia błędy, co czyni ją bardzo ludzką i bliską czytelnikowi. To ona będzie ogniwem, łączącym poszczególne lata i kolejnych bohaterów.
"Rok 1991" oddaje głos Hugonowi. Cały rozdział to barwny opis studenckiego życia: przyjaźni, zdrad, pijatyk w pubach, dyskusji, realistycznie odmalowany i portretujący "złotą młodzież". Główny bohater, delikatnie rzecz ujmując, nie jest krystaliczną postacią, jest natomiast ciekawym reprezentantem naszych czasów i zepsucia, jednak bujne życie, które prowadzi odmalowane jest fascynująco. To kolejny rozdział, od którego nie sposób się oderwać. Tu też wyraźniej niż w poprzednim rozdziale zaznaczono metafizyczną tematykę śmierci i zła, i tu pojawiają się po raz pierwszy wyraźnie ponadnaturalni bohaterowie: tajemnicza i urzekająca Immacule Constantin i jej towarzysze.
"Rok2004" należy do Eda Brubecka, związanego z Holly reportera wojennego. To jego oczyma będziemy oglądać reporterskie życie, wojnę, przeżywaną w Bagdadzie i relacje osobiste z Holly i ich córką. To Ed celnie objaśni zawiłości współczesnej polityki, dotyczącej Iraku i zderzy się z prekognicyjnymi talentami swojej życiowej partnerki. Atmosfera tej części jest aż gęsta od emocji bohaterów, pogłębia się też tutaj nastrój oczekiwania na katastrofę.
"Rok 2015" to kolejny obyczajowy obrazek "z epoki". Tym razem portretowane jest środowisko pisarzy i wydawców literackich, a narratorem i głównym bohaterem jest w tej partii tekstu Crispin Hershey, antypatyczny bufon, pełen pretensji do świata i żyjący " w takim samouwielbieniu, że mu staje do wewnątrz". (s. 329) I jego los styka z Holly Sykes, wtedy już autorką popularnej książki, opisującej ponadnaturalne, profetyczne zdolności autorki i bedącej jej częściową biografią.
Kolejny rozdział: "Rok 2025. Labirynt Horologa" to relacja z wojny jaką toczą źli i dobrzy nieśmiertelni. Wydarzenia obfitują w cudowność, motywowaną ponadnaturalnymi zdolnościami i umiejętnościami wprowadzonych w tej części książki bohaterów. Jest więc nieśmiertelność i ogromna wiedza i doświadczenie bohaterów, wynikające z ich wieku, zdolność przewidywania przyszłości, umiejętność ingerowania w ludzką pamięć, zdolność przenikania do cudzego umysłu itd. I na tym poziomie toczy się walka pomiędzy dwiema "frakcjami" ponadnaturalnych bohaterów: Horologów i Anachoretów.
Rozdział ostatni: "Rok 2043" to wizja świata pozbawionego paliw i energii, świata, który przeżywa regres technologiczny i cywilizacyjny i jest ponurą wizją przyszłości, na planecie, którą ludzkość wyniszczyła. W tym "katastroficznym filmie" ponownie narratorką jest Holly Sykes, tym razem już wiekowa i żyjąca z wnukami w Irlandii, gdzie na co dzień musi borykać się z biedą i zapaścią cywilizowanego świata.
"Czasomierze" zgodnie z zapowiedzią z okładki są rzeczywiście "kroniką naszych konsumpcjonistycznych czasów", i to kroniką doskonałą. Mitchell stworzył świetne, pełnokrwiste postaci, charakteryzowane przez działanie i zapis myśli (są kolejnymi narratorami powieści), a nie tylko przez opis. Nawet marginalne, drugoplanowe postaci są nietuzinkowe, obdarzone ciekawą historią, często bardzo dramatyczną. Losy niemal wszystkich splatają się z losami Holly Sykes, choć już niekoniecznie wchodzą w relacje z Horologami i Anachoretami. Sensem ich istnienia w powieści jest "portretowanie" świata i "charakteryzowanie" pozostałych bohaterów w relacjach z nimi. W każdej z części, poświęconej kolejnemu z bohaterów-narratorów pojawiają się retrospekcje, uzupełniające wiedzę o prawach świata, ludziach i wcześniejszych wydarzeniach. Często te wtrącane obrazki są niezwykle zajmującymi historiami np. dotyczącymi reporterskiego życia Eda Brubecka czy rosyjskiej przeszłości Horologów, stanowiącymi smakowite obrazki obyczajowe.
Metafizyka w powieści wykluwa się i dojrzewa powoli. Początkowo to pojedyncze odsłony, migawki sugerujące , "innych" bohaterów, z czasem są już całe serie takich odsłon, by w końcu zdominować cały rozdział "Horologia". Zdecydowanie jest to najsłabsza część książki, nudna i nużąca. Niewiele, wprowadzone tu objaśnienia wnoszą do "filozoficznej" i "metafizycznej" warstwy powieści. Ten sam konflikt dobra i zła, konflikt podejmowanych decyzji znacznie ciekawiej zarysowany był w realistycznych partiach powieści.
Pomysł metafizyki - cudowności jest u Mitchella mało oryginalny: szczeliny czasoprzestrzeni, kaplice - świątynie, mordujący ludzi jak wampiry Anachoreci - wszystko to już było. A pojedynki na siłę umysłu są jak pojedynki mocy w Harrym Potterze (tu jedynie brak różdżek). "Horologia" to rozdział, który  w zasadzie może opuścić każdy czytelnik, który nie lubi fantastyki, bądź zna Harrego Pottera i jemu podobnych. Nie wpłynie to w żaden sposób na odczytanie całości powieści, bo zakończenie tego rozdziału jest po pierwsze łatwe do przewidzenia, po drugie niczego nie zmieni. Szkoda literackiego talentu Mitchella na taką nieudolną fantastykę, wplataną w świetną w pozostałych partiach powieść. Tam język jest wyrazisty, pełen oryginalnych porównań i metafor, żywy, gęsty i barwny. Problematyczne jest chwilami tłumaczenie,  rażą żeńskie formy: gościni, kierowczyni, czy poruczniczka.
Czy zatem "Czasomierze" czytać? Z pominięciem, niczego nie wnoszącej Horologii tak, ze względu na panoramę naszego świata, doskonały język, kreacje bohaterów i podejmowane tematy: konsumpcjonizmu, sensu i roli pisania, konsekwencji naszych decyzji w odniesieniu do siebie i otoczeni, w końcu sensu i celu ludzkiego życia.

Autor: David Mitchell
Tytuł: Czasomierze
Tłumaczenie: Justyna Gardzińska
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016

"Życie przed sobą" Romain Gary

  Za "Życie przed sobą" Romain Gary otrzymał nagrodę Goncourtów. Po raz drugi otrzymał nagrodę, którą można otrzymać tylko raz ...